27 stycznia Trybunał Konstytucyjny opublikował swoje orzeczenie w sprawie aborcji eugenicznej. Znów wyszli na ulice naszych miast manifestanci, żeby przekonać ‘ciemne społeczeństwo’, że „aborcja jest OK.” Jestem przekonana, że gdyby wiedzieli, na czym polega aborcja eugeniczna, zostaliby w domu.

Dostałam kiedyś od młodego lekarza, którego na studiach nauczyli, że aborcja eugeniczna jest najlepszym wyjściem, wywiad – rzekę z Marzeną i Romualdem Dębskimi ze szpitala bielańskiego w Warszawie pod znamiennym tytułem: „Bez znieczulenia”. Autorka książki, Magdalena Rigamonti, jest pełna podziwu dla ich misji. Ale zadaje pytanie o terminację ciąży; chodzi tu o przedwczesny poród podejrzanego o ciężką chorobę dziecka, czyli aborcję eugeniczną. Profesor Dębski odpowiada:
„W szpitalu podajemy leki wywołujące skurcze. Trwa to od ośmiu do dziesięciu godzin, ale czasem też dwa dni, zależy od tego, czy to jest pierwsza ciąża, czy kolejne, czy wczesna, czy bardziej zaawansowana. Tak samo jak przy normalnym porodzie – boli brzuch, jest krwawienie, jest rozwarcie. Rodzi się dziecko i umiera. Przed samym porodem, czasami w jego trakcie albo sporadycznie zaraz po.”
Jego żona, Marzena dodaje:
„Lub przeżywa, bo lekarz błędnie oszacował wiek ciążowy albo pacjentka wprowadziła go świadomie w błąd, bo bała się, że nie dostanie już zgody na zabieg. Logika nakazuje, że w tym wypadku nie powinno się podłączać dziecka do respiratora…” (tamże s. 99-100).
Co pani doktor miała na myśli mówiąc „logika nakazuje”? Ja to rozumiem tak: jeżeli maluszek miał nie żyć (po to się przecież wykonuje aborcję) to bezsensowne jest podłączanie go do respiratora. Dziecko ok. piątego miesiąca ciąży z powodu niedorozwoju płuc nie jest w stanie samodzielnie oddychać. Pozostawione samo sobie, umiera w męczarniach dusząc się.
Alternatywą dla aborcji eugenicznej jest donoszenie dziecka. Bywa (i to nierzadko), że badania prenatalne pokazały fałszywy wynik i dziecko rodzi się zdrowe, a rodzice nie posiadają się ze szczęścia. Gdy dziecko rodzi się chore, wtedy ma prawo do podłączenia do respiratora i wszelkiej dostępnej terapii, także przeciwbólowej. Rodzice, gdy chcą, mogą dziecko ochrzcić. Jeśli niedługo potem umiera, mama z tatą i resztą rodziny mogą się z nim pożegnać i je pochować. Gdy nadal żyje, heroicznie opiekują się nim jak najlepiej. W przypadku jednak, gdy to zadanie ich przerasta, mogą oddać je do specjalistycznego ośrodka.

Dwa dni później pochowaliśmy w Pelplinie zmarłą w wieku 77 lat Jadwigę Borkowską. Osieroconą we wczesnym dzieciństwie chorowitą Jagódką nikt z rodziny nie chciał się zaopiekować. Wychowana w domu dziecka, o własnych siłach ukończyła szkołę średnią i studia wyższe. Świeżo upieczonej, młodej 25-letniej magister biologii w 1968 roku ówczesny biskup chełmiński powierzył zadanie nie lada: miała zbudować od zera duszpasterstwo rodzin w jednej z największych w Polsce diecezji. I zbudowała! W 1992 roku została także pierwszą instruktorką duszpasterstwa rodzin w nowo powstałej diecezji pelplińskiej i choć schorowana, pełniła tę funkcję do emerytury. Przygotowała do pracy najwięcej doradców parafialnych w Polsce w obu powierzonych sobie diecezjach, a potem dbała o rozwój ich wiedzy i ich formację duchową podczas dorocznych rekolekcji.
Wszyscy ją podziwialiśmy. A 70 lat temu była nikomu niepotrzebna… Teraz jest już w objęciach Rodziców i Kochającego Boga.

Ewa Sawicka – instruktor INER

Jagoda Borkowska, zdjęcie z archiwum INER

Recommended Posts